Podróże

MOTOCYKLEM DO GRUZJI CZ. I

By
on
3 grudnia 2018

Lipiec 2012

Uczestnicy:
Marcin Suchy Suchoń i Krzysztof Zgooras Zgórkiewicz

Z Krakowa ruszyliśmy około 8 rano w kierunku Ukrainy. Na pierwszy cel ustaliliśmy sobie miejscowość Chmielnicki, dystans 570 kilometrów. Nocleg nagraliśmy już wcześniej, za pośrednictwem portalu couchsurfing, także spanie będzie za darmo. Ogólnie na tym naszym pierwszym dalekim wyjeździe, przyświecała nam idea dziadingu :D, chcemy się bawić jak najlepiej, ponosząc przy tym jak najmniejsze koszta.
Granicę pokonujemy dość sprawnie, kolejka niby na 6 godzin stania, ale jednoślady jakoś tak są traktowane na innych warunkach i już po kilku minutach żegnamy się z polskimi służbami, przejeżdżając na stronę ukraińską, tu już trochę dłużej schodzi, a gdzie? a po co? i tak dalej, jedno, drugie, trzecie okienko, sterta małych papierków do łapy, chyba tylko po to żeby łatwiej było zgubić, ale tragedii nie ma i po  jakichś 30 minutach opuszczamy przejście graniczne. Za granicą stajemy na stacji żeby zatankować i napić się kawy. Rozsiedliśmy się w cieniu na krawężniku obok stacji i sączymy, tą średnią w smaku kawę, gdy podjeżdża do nas starszy facet na rowerze i pyta łamanym angielskim dokąd jedziemy? My mówimy że do Gruzji, a ty?, pytamy, do Odessy odparł, okazał się być Niemcem który pedałuje aż z Berlina.  Szacunek dla niego!
Do Chmielnickiego docieramy po zmierzchu, gospodarze już na nas czekają, pierwszy raz korzystamy z tej formy noclegu i byliśmy w lekkim szoku jak się nami zajęli, dostaliśmy spanie, porządną kolację, nie zabrakło również wódki i słoniny na zagrychę.

W kolejnym dniu mamy plan dojechać do miejscowości Mikołajów dystans to około 550 kilometrów. Tego dnia mamy turbo pecha z Policją, łapią nas dwa razy na czym marnujemy przynajmniej 2 godziny. O ile prędkości nie przekraczamy, to ponoć nie zatrzymujemy się na stopach. W pierwszym przypadku zatrzymaliśmy się, ale policjant z łady samary, powiedział że zatrzymanie się na stopie, jest wtedy, gdy obie nogi są na ziemi, a myśmy owszem stali ale noga była jedna. Nieźle kombinują żeby wyłudzić parę euro, pomyślałem, no ale negocjacje czas start!
30 minut rozmowy i zamiast euro, skończyło się na dwudziestu naklejkach z logiem naszej wyprawy i na magnesach z Krakowa. Drugi przypadek już nie był taki łatwy, Zgooras nie zatrzymał się na stopie poziomym bo linia była całkowicie starta, ja wyhamowałem ale tylko dlatego że zobaczyłem skodę policyjną. Policjant zaprosił nas do punktu kontrolnego do środka i bez żadnej krępacji, przy innych swoich kolegach rzuca kwotę 30 euro, czyli proceder okazuje się być znany wszystkim.  Negocjacje czas start! Po około 30 sekundach mojego monologu o tym jak powinna wyglądać linia stopu na jezdni, Policjant wydziera się na  nas, mandat wzrasta do 50 euro i pojawia się groźba zatrzymania prawa jazdy, oczywiście szeleszczące euro czynią cuda i już za chwil kilka znów jesteśmy na trasie. Ledwo wyjechaliśmy z parkingu kontroli policji, a tu jakiś facet macha na mnie i pokazuje na koło i łapie się za głowę, co jest do cholery!? Zatrzymałem się trochę dalej, zsiadłem z motoru obszedłem go dookoła, wszystko było okey, więc wskoczyłem na niego spowrotem, w tym samym czasie przechodzi koło mnie jakiś inny koleś, i wsiada w pośpiechu do auta które zatrzymało się tuż przede mną i odjeżdża. Po chwili dobiega ten co się za głowę łapał i mówi że z koła iskry szły i że coś jest nie tak, mówię mu że sprawdzałem i że wszystko ok i że pewnie mu się wydawało, naglę podnosi coś z ziemi i pokazuje mi  spięte gumkami banknoty, takie grubości cegłówki i mówi że to musiało wypaść temu co do auta wsiadał, podzielmy się mówi, ja odpowiadam że dziękuję i ruszam z impetem, nie wiem na czym to polegało, ale śmierdziało wałem na odległość. W Mikołajewie mamy kolejny darmowy nocleg w bloku z wielkiej płyty, tym razem kanapy użycza nam, teksańczyk, który uczy na Ukrainie angielskiego.

Pierwszą zaplanowaną atrakcją ma być mierzeja Arabacka, cieniutki pasek lądu, dzielący wody morza azowskiego. Z Mikołajewa do Heniczeska gdzie zaczyna się mierzeja mamy 150km, więc nie wstajemy zbyt śpiesznie. Poranek spędzamy na jakimś bazarze, penetrując stoiska, w poszukiwaniu czegoś bliżej nieokreślonego, przy  okazji kupujemy kąpielówki których żeśmy zapomnieli, w końcu jedziemy nad morze. 🙂 Późnym popołudniem wjeżdżamy do miasta, Haniczesk to typowy postsowiecki kurort z miejską plażą, gdzie aż roi się od ludzi, dla tych lubiących ciszę i spokój pozostaje mierzeja, im dalej tym mniej ludzi, a kilometrów jest sporo bo ponad 100 i wszystko bez asfaltu. Trochę mnie to przeraża bo nigdy wcześniej nie zjeżdżałem poza asfalt, ale Zgooras mówi że ponoć to łatwe, też ma małe doświadczenie, ale grunt to dobre podejście 😀


Szybki obiad w centrum i ruszamy na południe, początkowo jest asfalt, który jednak szybko się kończy, a zaczyna się piasek z drobnych muszelek, idzie jak po grudzie, przednie koło cały czas zapada się w grząskim piasku, asfaltowe opony też nie pomagają. Docieramy do miejsca gdzie kończy się cywilizacja i rozbijamy biwak, prosto na plaży woda idealnie ciepła 23-25 stopni. Pękło parę piwek i z tego wszystkiego Zgooras nie schował kasku do namiotu, rano gdy go założył, na szybie pojawiły się skorki zwane też szczypawicami tylko że jakieś takie zmutowane bo dwa razy większe niż te w Polsce. Operacja usuwania, czyli walenie kaskiem o kufer, żeby wyleciały, bo powłaziły w kanaliki wentylacyjne trwała około godziny. Było ich tam z 70 sztuk. W końcu ruszyliśmy, piach daje popalić, przynajmniej mnie,  jadę zachowawczo, przypomniałem sobie radę kolegi: na piachu ciężar ciała na tył i odkręcaj manetkę, tak też zrobiłem i od tej pory było szybciej i pewniej. Przez 100km mija nas tylko jeden samochód terenowy, dookoła cisza i pustkowie, z jednej strony morze z drugiej mokradła, komarów multum, jak tylko trącniesz jakiegoś krzaka, budzi się rój i wpada na ciebie, na szczęście większość z nich zanim ukąsi, kończy żywot obijając się o motocykl.


Docieramy do Kamianskie to tutaj kończy się mierzeja. Okolica piękna bo wybrzeże zmieniło się na skaliste, a linia brzegowa z ładnej plaży na gigantyczne urwiska z trudno dostępnymi małymi plażami. Kierujemy się wzdłuż wybrzeża, polnymi ścieżkami, do Semenivki mała mieścina powstała gdy zaczęto budować elektrownie jądrową, to nasz kolejny cel. Elektrownia powstawała w latach 80 i dziś jest obiektem opuszczonym, nigdy nie ukończono jej budowy, dziesiątki hektarów dziwnych budynków, osiedla widma na tle gigantycznego reaktora, przy którym gigantyczna koparka wygląda jak zabawka. Z tego czego udało się dowiedzieć wcześniej, otwarcie elektrowni miało nastąpić jesienią 1986, ale ze względu na katastrofę w Czarnobylu, a była to elektrownia bliźniacza, wszelkie prace wstrzymano. Docieramy na miejsce przy drodze, zaraz tuż obok bramy wjazdowej wielki zdezelowany, przyzakładowy przystanek autobusowy, tylko jakiś taki większy bo jego dach zmieścił by pod sobą minimum 50 osób. Mijamy bramę, jedziemy parę ładnych kilometrów pośród ruin budynków, gdzieniegdzie pojawiają się emblematy poprzedniego ustroju.
Przez 3 kilometry klucząc po kompleksie nie spotkaliśmy ani żywego ducha. Docieramy do budynku reaktora, obok niego stoi kilku kondygnacyjny budynek, dostrzegam przy nim ludzi, podjeżdżamy bliżej na ziemi leży coś co przypomina ludzkie ciało a panowie mają w rękach noże rzeźnicze, zmroziło nas! Scena jak z trillera, na nasze szczęście, ciało okazało się ciałem ogromnej świni, a panowie okazali się mili, mimo narzędzi w dłoniach. Była to rodzina która zasiedliła budynek na mieszkanie i oborę, stało puste to sobie wzięli. Pogadaliśmy chwilę, pokazali nam reaktor i dalej w drogę, zbliżał się zmierzch więc postanowiliśmy szukać jakiegoś spania, plaża pośród skał byłaby idealna i tak trafiliśmy na plażę kosmonautów.


Przed wyjazdem umówiliśmy się z dwoma nowo poznanymi kolegami z forum Transalpa, wyjechali trochę wcześniej i mieliśmy się jakoś spiknąć po trasie więc wysyłaliśmy im co jakiś czas swoje koordynaty. My już namioty rozbite sączymy piwo, gdy dostajemy sms że chłopaki są od nas jakieś 5 km ale nie mogą znaleźć drogi. Zgooras wsiada na moto i jedzie im naprzeciw, po kilkunastu minutach wszyscy siedzimy przy ognisku.

Integracja z nowymi kolegami była na tyle fajna i zakrapiana że w kolejnym dniu po małych serwisach odstawiamy motory w kąt i przez cały dzień byczymy się na plaży. Wieczorem jak zwykle domowe wino, obgadujemy plany i postanawiamy że dalej lecimy razem, przynajmniej do Stepansminda, bo koledzy chcą się wspinać na Kazbeg. Kształt trasy nam się zmienia bo chłopaki chcą jechać do miejscowości Elbrus, nam się pomysł bardzo spodobał, za to my ich namówiliśmy na Grozny. Rano pakujemy ekwipunek i ruszamy w kierunku miejscowości Kerch, dziś przekraczamy granicę z rosją!

CDN…

TAGS

4 grudnia 2018

RELATED POSTS

LEAVE A COMMENT

MARCIN SUCHOŃ (SUCHY)
KRAKÓW

Cześć, jestem Marcin i za pośrednictwem tego bloga, chciałbym przybliżyć wam moje podróże, nie tylko te motocyklowe, ale i te z plecakiem. Zachęcam do polubienia moich profili i śledzenia moich aktualizacji!

Najnowsze komentarze