Podróże

MOTOCYKLEM DO GRUZJI CZ. II

By
on
18 grudnia 2018

Promowe przejście graniczne Ukraina – Rosja w miejscowości Kerch. Jest przedpołudnie gdy docieramy na miejsce, kolejka ma około 100m, niestety nie da się jej ominąć, więc grzecznie stoimy. W międzyczasie idę do budynku, zapytać gdzie można kupić bilety na prom, podchodzę do okienka i pytam, pani odpowiada, że jeżeli chcę kupić bilet to mogę to zrobić tutaj, ale muszę mieć żeton, który rozdaje pani przy szlabanie. Idę zatem z powrotem do kolejki i szukam pani spod szlabanu, pytam pogranicznika:

gdzie jest kobieta co rozdaje jakieś żetony?
Pije kawę w bufecie trzeba poczekać! Odpowiada pogranicznik.

Po około kwadransie podchodzi pani i wręcza mi żeton, idę z nim kupić bilety, tym razem nie ma problemu, mam 4 bilety dla siebie i dla chłopaków. Dojeżdżamy wreszcie do szlabanu gdzie zostają sprawdzane paszporty, kilka stempli i ruszamy dalej w kierunku wjazdu na prom, niestety po 200 m znowu nas zatrzymują, tym razem kontrola techniczna pojazdów, po kolejnych 30 metrach odbywa się mierzenie długości pojazdów, a za następne 10 metrów zatrzymują nas człowiek, który daje sygnał kiedy można wjechać na prom! Mija kilkanaście minut gdy otrzymujemy zgodę na wjazd na prom, Procedury jak w największym porcie lotniczym świata! Przez cieśninę kerczyńską, prom płynie niespełna 40 minut i dobija do wybrzeża po stronie Federacji Rosyjskiej, zjeżdżamy z promu i zaczyna się powtórka z biurokracji, auta ustawiają się przy budynku kontrolnym, następnie wszyscy wysiadają z auta i kierują się do małego okienka gdzie rozdawane są deklaracje z żetonami (do dziś nie wiem czemu służą te żetony), wypełniamy deklarację, całość jest tylko w cyrylicy więc papiery wypełniamy wspólnymi siłami. Deklaracje oddajemy w okienku obok, przejeżdżamy 20 metrów i tłumaczymy się z bagaży, w międzyczasie wypełniamy voucher wizowy, który znów gdzieś oddajemy,kasują jakieś 50 złotych za obsługę i już moglibyśmy jechać, ale okazuje się że trzeba jeszcze odebrać jakieś papiery z okienka, które jest na wysokości pasa, żeby coś tam załatwić trzeba klęczeć jak przy konfesjonale. Jak ja sobie cenię układ Schengen!

 Po 6 godzinach jesteśmy w Federacji Rosyjskiej, głodni zatrzymujemy się pod pierwszym lepszym sklepem i robimy jakieś zakupy. Zbliża się zmierzch, więc trzeba ogarnąć spanie, po kilku dniach na plaży kosmonautów, dobrze by było znaleźć coś z prysznicem. Nadal jesteśmy nad morzem Azowskim, co rusz mijamy jakieś bilbordy kempingów, więc odbijamy w szutrową drogę na jeden z nich, przed nami leniwym tempem jadą dwie łady z opuszczonymi szybami i z kasetą Ruki Vierch, puszczoną tak głośno na ile kasetowa technologia pozwalała.

Podjeżdżamy pod szlaban z małą stróżówką, wychodzi z niej chudy facet i nieśpiesznie podchodzi do samochodów. Młodzi ludzie zagadują do niego?

-Ile będzie kosztował nocleg dla 8 osób i dwóch aut
-20 zł za osobę i po 40zł za auta, w sumie…Wyciągną telefon odpalił kalkulator i klika… w sumie to będzie 200zł

-świetnie bierzemy zatem! Odparł młody człowiek

Auta przekroczyły szlaban, a facet podchodzi do nas i pyta?

– A wy skąd?
– Z Polski. Ile kosztuje nocleg jest nas cztery osoby i cztery motocykle.
– czterech polaków na motocyklach, hmm, zaczekajcie chwilkę

wszedł do stróżówki i wraca po chwili z jakimiś kartkami, na nich wypisane jakieś ceny, szuka czegoś palcem, wlepiony wzrokiem w papier i mruczy pod nosem

– Paliaki na matacyklach, Paliaki …

Wreszcie spojrzał na nas i powiedział:

-nie mam w cenniku, wjeżdżać za darmo!

Od tej chwili mieliśmy nowego kolegę, na imię miał Walery, miał 40 lat, a wyglądał na 60, strasznie zniszczony życiem. Przesiedzieliśmy z nim cały wieczór przy winie i suszonych rybach, którymi nas poczęstował.

Rankiem pół kempingu chce zdjęcia na motorach, dobrze że są cztery, bo załatwiamy sprawę hurtowo. Pakujemy się i ruszamy w kierunku najbliższego miasta, żeby załatwić meldunek, nie wiedzieliśmy z czym to się je więc, poszliśmy na pocztę, jedną, drugą i nic straciliśmy pół dnia, ale przynajmniej dowiedzieliśmy się że meldunek załatwia hotel w którym się zatrzymamy, hmmm ale my mamy namioty. 🙂 Z tym meldunkiem to było tak, że ponoć trzeba go pokazać na granicy gdy opuszcza się Rosję, tak przeczytaliśmy w internecie, o tym czy to prawda mieliśmy się przekonać już niebawem.

Wjeżdżamy w Kaukaz, długo czekaliśmy na ten moment, do tej pory jechaliśmy po płaskim, więc trasa była dość monotonna, a wjazd w doliny Kaukazu, zrobił na nas ogromne wrażenie. Mijamy Baksan i jedziemy już do górskiej miejscowości Elbrus, która leży u stóp najwyższego szczytu Kaukazu o tej samej nazwie. Jesteśmy na terytorium republiki o nazwie Kabardo – Balkaria, krainę tą zamieszkują w większości wyznawcy islamu, im dalej od Nalczika tym zaczyna robić się bardziej ciekawie, krowy łażą same po wiejskich ulicach, starsi mieszkańcy siedzą przed domami, a młodzież jeździ w tą i z powrotem zdezelowanymi ładami, piszcząc oponami przy każdej możliwej okazji. Trochę źle żeśmy zorganizowali to odbicie na Elbrus bo nie zamieniliśmy pieniędzy na ruble, nie mamy za dużo paliwa, a jak się okazało, bankomatów i możliwości płacenia kartą nie ma, więc tankujemy za resztę kasy, a jedzenie jakoś sobie ogarniemy. Docieramy do Elbrusa, po drodze jakieś kontrole milicyjno-wojskowe, ale przechodzą gładko, panowie tylko zdjęcie chcą sobie zrobić z motorami.

Jeden z naszych nowych współtowarzyszy Moris, był tutaj 7 lat wcześniej i chciał odnaleźć rodzinę u której wtedy się zatrzymał, sprawa niby prosta, bo wiedział gdzie jest ten dom, trudnościom niestety okazał się szlaban, dziesięć metrów przed ich domem i młody saudat z kałsznikowem w dłoni i ze stanowczym słowem ‚nielzja!’ na ustach.
Zawracamy i znajdujemy początkowo hostel, niestety nie stać nas, więc uprzejma Pani mówi nam że na przeciwko jest tani kemping i zaprasza nas na obiad, jak już się rozbijemy. Na kempingu targuję cenę bo naprawdę mamy jakieś strzępy pieniędzy, po negocjacjach śpimy za 4 zł od osoby, bajka!
Do pani z hostelu łaziliśmy kilka razy dziennie, mocno się z nimi zakumplowałem, z nią jej koleżanką i z jej mężem. poprosił mnie raz o pomoc żeby jakąś rurę przenieść, od tej pory nie płaciliśmy za nic, i jeszcze nam ten cholerny meldunek załatwili.
W oczekiwaniu na papiery zostajemy kolejny dzień, trochę tak bez sensu siedzieć, więc wybieramy się kolejką pod Elbrus. 3600 metrów nad poziomem morza, widoki robią ogromne wrażenie.

 Ruszamy w dalszą drogę, w kierunku Baksanu i Nalichika,  im dalej na wschód tym bardziej jesteśmy zjawiskowi dla lokalnej ludności, podchodzą do nas, zagadują, robią sobie zdjęcia i nie dowierzają że jedziemy aż z Polski. Za kolejny cel obieramy Grozny, z Nalczika to raptem 200 kilometrów, postanawiamy podzielić to na 2 dni, w końcu dystans nie duży, ale przejeżdżać będziemy aż przez trzy republiki, Osetię północną, Inguszetię i Czeczenię, planujemy coś pooglądać. Na granicach republik, działają punkty kontrolne, coś jakby granica, ale mniej restrykcyjna sprawdzają tylko papiery, więc pokonujemy je gładko. Docieramy do Osetii Północnej, dzień ma się ku końcowi więc, powoli rozglądamy się za spaniem, jedziemy przez małą wioskę przy jednym z domów, tabliczka z ręcznie wykonanym napisem ‘Domasznie Wino’ idealnie, będzie na wieczór, zatrzymujemy się kupujemy i pytamy gospodarza:

– czy tam dalej pod orzechem można namiot rozbić?
– tam raczej nie bardzo w nocy mafia jeździ, rozbijcie sobie namiot u mnie za domem
– super dziękujemy!

Wjeżdżamy na tył posesji, za domem jest wiata, a raczej taki pół otwarty kurnik, dookoła paradują kury i koguty, rozbijamy namioty w tym całym kurniku i po krótkiej biesiadzie idziemy spać. Wczesnym rankiem bo już od 4:40 koguty zaczynają drzeć dziób, więc tego dnia wstajemy wcześnie. W planie mamy Biesłan w którym chcemy zobaczyć szkołę, w której w 2004 roku, zginęło ponad 300 dzieciaków z rąk terrorystów należących do armii sił czeczeńskich pod dowództwem Szmila Basajewa. Budynek wygląda przerażająco, dziury po kulach są wszędzie, docieramy do sali gimnastycznej  w której zgromadzono wszystkich zakładników, na zwęglonych ścianach i drabinkach wiszą zdjęcia dzieci, odbiera nam mowę. Opuszczamy Osetię w smutku.

Około południa docieramy do granicy Ingusko Czeczeńskiej, ta granica wygląda inaczej niż te poprzednie, stoi na niej regularne wojsko z wozami pancernymi z długą bronią, a obok stacjonuje cały garnizon pancerny. Zatrzymujemy się przed szlabanem podchodzi wojskowy i wypytuje a po co a dlaczego i na ile, potem daje rady żeby nie zjeżdżać z głównych dróg i raczej nie podróżować po zmierzchu, spisują nas starannie z paszportów i po kilkunastu minutach, jedziemy prostą,  całkiem porządną, dwupasmową drogą nijak nie pasującą do mojego wyobrażenia o Czeczeni, a to nie był koniec zdziwienia jaki nam towarzyszył w krótkim poznawaniu Czeczeni.
Od rana nic nie jedliśmy, więc stajemy w przydrożnym barze, ledwo żeśmy zsiedli, obskoczyło nas kilku młodych czeczenów i standardowo pytania o pojemność, skąd jesteśmy i że jak to z Polski na kołach? Pytam jednego z nich:

– dobrą tu mają kuchnię?
– najlepszą odpowiedział

Chłopaki zostali na zewnątrz ja wszedłem do środka żeby pogadać z paniami o obiedzie.

– ile kosztuje obiad pytam?
– 350 rubli odpowiada Pani

Przeliczam sobie, no jak nic wychodzi 35 zł, dziękuję Pani i wychodzę na konsultację z kumplami, zaznaczam że wszędzie wcześniej obiad kosztował maksymalnie 10 złotych, wspólnie stwierdzamy że albo nas chcą wydoić, albo trafiliśmy na jakąś drogą restaurację, postanawiamy ruszyć dalej. Chłopak który nam polecił knajpę, wyraźnie zmartwiony, dopytuje:

– czemu nie jecie?
– wiesz, podróżujemy 5 tygodni, mamy budżet dzienny ile możemy wydać na jedzenie, oni tutaj chcą 350 rubli za obiad, drogo jak dla nas, w Groznym znajdziemy coś tańszego.
– Poczekajcie chwilę, powiedział

Wszedł do środka, po czym wraca po kilkunastu  minutach i mówi:

– możecie iść zamawiać, spojrzał na zegarek i z pośpiechem zaczął się z nami żegnać.
– przepraszam was muszę was opuścić bo za chwilę muszę być w pracy.

Przybiliśmy piątkę, wsiadł do rozlatującej się Łady i odjechał, zostawiając za sobą tuman kurzu. Wchodzimy do środka, znów idę do Pani i pytam to ile teraz będzie kosztował obiad, byłem święcie przekonany, że nowy kolega załatwił nam zniżkę, a pani mi odpowiada:

– nic nie będzie kosztował bo Aslan już za wszystko zapłacił.

Dostajemy na stół kluski z grillowaną baraniną, i nie bardzo ogarniamy całą sytuację, facet kupił obiad dla czterech osób, a znaliśmy się raptem kilka chwil. Czeczeni to bardzo gościnny i bezinteresowny naród!

Docieramy do Groznego, na rogatkach miasta kolejna kontrola, tym razem milicyjna, ale uzbrojona w kałachy, sprawdzają paszporty i nakazują jechać za srebrnym Daewoo z którego wysiadł mężczyzna w czarnych bojówkach i czarnej koszulce, podszedł do nas i przywitał się. Przed wyjazdem sporo czytałem o panach tak ubranych, to Czeczeńska służba bezpieczeństwa, zwana ‘Kadyrowcami’ od nazwiska prezydenta Czeczeni. W każdej publikacji jaką czytałem do przyjemniaczków nie należeli. Z rogatek ruszamy za Daewoo, facet łamie wszystkie możliwe przepisy, przejeżdża skrzyżowania na czerwonych światłach, a my za nim, żeby go nie zgubić, również na czerwonych, po którymś już z kolei skrzyżowaniu, wyskakuje do nas policjant z lizakiem, zatrzymujemy się, Daewoo gdzieś dalej przed nami cofa, dojeżdża do milicjanta, a ten w mig na baczność i salutuje, przeprasza nas i ruszamy dalej. Grozny jest miastem nowoczesnym, mijamy sporo budynków z luster, auta na drogach to w większości luksusowe limuzyny Mercedesy AMG i Bentleye, spodziewałem się zniszczonego przez wojny miasta, a zastałem coś zupełnie odwrotnego. Dojeżdżamy na parking przy meczecie o nazwie Serce Czeczenii, dziękuję naszemu przewodnikowi, myślałem że tylko nas doprowadzi do centrum, tymczasem oznajmił że będzie naszym przewodnikiem przez cały czas naszego pobytu w mieście. Jak się później okazało każdy turysta dostaje na wjeździe swojego osobistego anioła stróża.
Kadyrowiec jest bardzo miły oprowadza nas po okolicy, oglądamy meczet którego ściany pokryte są szczerym złotem, aż kipi od przepychu. Widać że ludzie których mijamy, boją się naszego opiekuna, gdy się pojawia milkną rozmowy, a ludzie odwracają głowy w odwrotnym kierunku, jakby nie chcieli mu patrzeć w oczy, gdy wchodzimy do 5 gwiazdkowego hotelu Grozny, cała recepcja staje na baczność, jak tylko go dostrzegła. Spędzamy razem kilka godzin, dużo z nami rozmawia i mam wrażenie jakby chciał sprowokować dyskusję o polityce, owszem dużo czytałem o Czeczenii, ale przed tym Panem raczej swoich przemyśleń prezentował nie będę. Na każde pytanie tego typu odpowiadaliśmy że polityka nas nie interesuje, aż w końcu odpuścił. Po zwiedzaniu, zaproponował nam nocleg, gdy powiedzieliśmy mu że opuszczamy Grozny, odprowadził nas do granic miasta.

Kierujemy się w drogę powrotną do Osetii Północnej do Władykałkazu, skąd do granicy z Gruzją jest już tylko kilkanaście kilometrów, jeszcze dziś chcemy ją przekroczyć. Zaraz za Groznym zatrzymujemy się na stacji, uzupełniamy paliwo i stajemy jeszcze na parkingu, żeby chwilkę pogadać, nagle robi się korek na drodze ekspresowej, na naszej wysokości zatrzymały się trzy Mercedesy AMG, z pierwszego i ostatniego wysiadają dwumetrowe karki w mundurach i z kałasznikowami i blokują ruch na drodze, ze środkowego auta wysiada Pan w garniturze za 2000 dolarów i z dwoma żołnierzami idzie w naszym kierunku, nasze rozmowy umilkły, są jakieś 10 metrów przed nami, więc z głupim uśmiechem na twarzy pytam:

– chyba nie będziecie strzelać?
– nie, nie ja też jestem motocyklistą, chcę pooglądać wasze maszyny odpowiedział pan w garniturze.

Po krótkiej rozmowie Pan w garniaku zaprasza nas do swojej rezydencji, żebyśmy odpoczęli, nakarmi nas i przenocuje, dziękujemy za ofertę, niestety kończy nam się wiza i musimy jeszcze dziś opuścić Rosję. Żegnamy się z panem i jego obstawą i wzrokiem odprowadzamy ich do aut, cała świta schodzi z drogi i ruszają, my jeszcze chwilę stoimy w milczeniu. Podchodzi do nas facet z obsługi, pytamy go czy wie może kto to był.

– Kuzyn Ramzana Kadyrowa, naszego prezydenta.

I już w tym momencie żałowaliśmy że nie pojechaliśmy z nimi.

Na granicę spóźniliśmy się dosłownie pięć minut, nie bardzo jest się gdzie rozbić droga do Vierchnij Lars prowadzi przez góry, więc nie ma miejsca na namiot, cofamy się do pierwszej wioski i pukamy do domów, już w pierwszym Pani dała nam pokój w swoim starym domu, dostaliśmy ekstra ser i 2 butelki wina.

Rankiem ruszamy na Granicę Rosyjsko – Gruzińską

CDN…

TAGS
RELATED POSTS

LEAVE A COMMENT

MARCIN SUCHOŃ (SUCHY)
KRAKÓW

Cześć, jestem Marcin i za pośrednictwem tego bloga, chciałbym przybliżyć wam moje podróże, nie tylko te motocyklowe, ale i te z plecakiem. Zachęcam do polubienia moich profili i śledzenia moich aktualizacji!