Kierunek Mestia


Wyświetl większą mapę

Do Mestii prowadzą dwie drogi /stąd pętla swanceka/. Z jednej strony błoto i szutry, z drugiej zaś normalny, pełnowartościowy asfalt. Decydujemy się na drogę alternatywną, tym bardziej, że są to serpentyny na wysokości 1500m npm, na pewno będzie ładnie. Na samym początku, 100km od celu dopada nas intensywna burza, droga po ciemku jest samobójstwem, tym bardziej, że na drogę spadaja olbrzymie kamienie i dzieje się to głównie podczas deszczu. Zatrzymujemy się po 15km przy pierwszych światłach domu. Jest to restauracja, pokoi gościnnych brak, ale za to jest taras, na którym pozwolono nam się zalogować. Jemy tam adżapsandał z cukinii i cebuli, po piwku i do spania – w burzy i ulewie na balkonie.
Nazajutrz bezproblemowo zdobywamy Mestię w godzinę, ciesząc się, że nie podjeliśmy się podróżowania w nocy. Cała trasa usiana była kamieniami i zwalonymi drzewami, nie do przejechania w nocy. Mestia to maleńkie miasteczko, nie ma tu zbyt wielu rzeczy do oglądania, przócz wielu wież mieszkalno-wartownych, z których nikt już nie korzysta, a jedna z nich udostępniona jest dla turystów. Całe miasto to jeden wielki plac budowy, łącznie z rynkiem. Wygląda na to, że za rok będzie to metropolia. Zwiedzamy wieże, lecimy na obiad, później do jedynej czynnej na rynku knajpy na piwo. Tam dosiadamy się do robotników, częstują nas piwem. Po 15 minutach przyjeżdża Austryjak na KTM LC8 R, podróżujący z koleżanką, którego spotkaliśmy wcześniej w Kazbegi i na petli swaneckiej. W kolejne 15 minut pojawia się para Polaków – Asia i Bartek, których spotkaliśmy w Vardzii. Za kwadrans pojawiają się Estończycy na motorach enduro, których również spotkaliśmy już dwa razy na pętli swaneckiej. Przy stoliku słychać więc wiele języków /polski, angielski, estoński, niemiecki, gruziński i rosyjski. Kosmos!
Wracając wieczorem do domu po raz kolejny spotykamy kolegów z Estonii, zapraszają nas do siebie na czaczę, nie odmawiamy, zostajemy do 1 w nocy i gadamy o wyprawach motocyklowych.