Kierunek Mestia

Dzień kolejny sprawia nam sporo niespodzianek.


Wyświetl większą mapę

Zaczynamy w końcu realizować przejazd pętlą swanecką. Trasa jest niezwykle widokowa, pnie się przez góry, serpentyny i malutkie wsie, także te, w których zupełnie nikt nie mieszka. Na jednym ze skrzyżowań pytamy policjanta o stację benzynową. Policjant eskortuje nas na miejsce, pyta czy może jeszcze jakoś pomóc? Interesuje nas jeszcze tanie chaczapuri. Eskorta przebiega w offowe miejsce dla lolalnych, gdzie za pyszne chaczapuri płacimy 1 lari czyli 2 złote. W 10 minut jestesmy osaczeni przez dzieciaków, którzy włażą na motory, udają, że kierują. Ostatni wygrywa przejażdżkę. Opuszczając miasto, łącznie z całym komisariatem, wszyscy nam machają na dowidzenia.
Po południu trasa okazuje się być coraz trudniejsza dla nas. Rozstajemy się całkowicie z asfaltem, zaczynają się doły, koleiny, kamienie i błoto. Nasze umiejętności są co najmniej za małe na taką trasę, ale facet jest istotą ambitną. Lecimy dalej. Im dalej w las tym więcej drzew. Po parunastu km zgooras zalicza kolejną glebę, tym razem na błocie. Mimo że zachowane są wszelkie zasady ostrożności /jazda na stojąco, półsprzęgło, powoli/. W upadku ulega zniszczeniu drugi kufer, niestety ich jakość jest na poziomie zupełnego zera, zawartość ląduje w błocie, a my mamy nieplanowaną przerwę na pół godziny. Do miejsca docelowego – miejscowości Metsia – mamy 78km, dziś nie damy rady dojechać. Jesteśmy zmęczeni, poza tym wychodzi brak obycia z maszyną i terenem, trzęsą nam się mięśnie ze zmęczenia i robimy co raz więcej błędów. Mimo decyzji o rozbiciu obozowiska jesteśmy w „lesie”, bo znajdujemy się na trasie, na której nie ma pobocza i ani cm miejsca na namiot. Zmuszeni do dalszej podróży po zmroku pokonujemy kolejne km w błocie i koleinach. Spotykamy na trasie rosjanina, podrużujących BMW serii 5 bez opony na przodzie. Da się?
Godzinę później znajdujemy kawałek polany, rozbijamy obozowisko w zupełnej dziczy i podejmujemy smutną decyzję o rezygnacji z dalszej podróży do Mestii tą drogą. Tym sposobem „pętla swanecka” nie zostaje zdobyta :(
Na nasze pocieszenie, nie wiadomo skąd, pojawia się dwóch Gruzinów, którzy czekają na kumpli z transportem. Dosiadają się do nas, pomagają rozpalić ognisko, a po kolejnych 30 minutach, przy naszym ognisku stoi już około 15 osób, dwa jeepy, czacza, mięso i chaczapuri. Odnoszę wrażenie, że to obowiązkowy ekwipunek w każdym samochodzie Gruzina. Impreza trwa do północy, Tamada co chwila ogłasza toast na naszą cześć, pijemy, gadamy, plotkujemy. Tamada to człowiek, który prowadzi imprezę i wznosi toasty. Jednym z Gruzinów jest pracownik Ministerstwa Rolnictwa, bywający w Polsce. Wspomnienia z polską policją ma niestety mało przyjemne, bo relacje oparły się o wątek rasistowski. Opowiadał, że był traktowany jak przemytnik.
Od chłopaków dostajemy zaproszenie na drugi dzień do siebie, ale nazajutrz z przykrością rezygnujemy, bo czas nagli. Tu kolejna nauczka – odmówić Gruzinom nie wolno. Chłopaki się poważnie na nas obrazili. Już wiemy, że następnym razem trzeba wziąć 2 miesiące urlopu na Gruzję i balować z tym fantastycznym narodem.