Kierunek Wąwóz Pankisi

Wąwóz Pankisi

Wyświetl większą mapę

Kolejnym miejscem, które pragniemy zeksplorować to Wąwóz Pankisi. Niegdyś czarna plama na mapie Gruzji, miejsce, w którym chowali się Czeczeńcy podczas wojny. Teraz powoli wraca tam życie. Będąc w Polsce wyczytaliśmy gdzieś, że organizuje się tu dwudniowe wycieczki w góry na koniach. Szukamy przez godzinę, bezskutecznie. Nikt nic nie wie. Finalnie trafiamy do ostatniego domu w wąwozie, gdzie facet zna ludzi, mających konie, którzy mogą nas na taką wycieczkę zabrać. Okazuje się, że cena przekracza mocno nasze założenia finansowe i rezygnujemy. Mimo to, śpimy u tego pana, a wieczorem prowadzimy ciekawe rozmowy etnograficzne, podczas których wycodzi dużo ciekawostek wojny Czeczeńskiej. Człowiek, u którego mieszkamy jest rodowitym Kistyńcem, czyli gruzińskim Czeczenem, mieszka już sam, rodzina rozpierzchła się po świecie. Gdzieś między wierszami, ów człowiek tłumaczy nam teksty piosenek czeczeńskich, ktore mamy w telefonach i opowiada swój punkt widzenia na „dobrobyt” w Gruzji. Facet utrzymuje się z produkcji sera i zbierania grzybów /1kg=2pln/, orzechów laskowych i czosnku /kg czosnku kosztuje 2pln/.
Warto w tym miejscu powiedzieć słowo o drogach w Gruzji. Otóż, będąc koło jeziora Zhinivali, szukamy drogi do wąwozu Pankisi. Mamy baaardzo dokładną nawigację i, żeby ominąć drogi ekspresowe i autostrady, zaznaczam, że jedziemy rowerem. Tym sposobem zaserwowałem nam 40km szutru pociętego strumykami. Trasa biegnie przez góry, dziury są gigantyczne. Zabawa kończy się małym wypadkiem Zgoorasa. Mamy do remontu aluminiowy kufer, z którego wszystko się wysypało. Kufer zmielił się jak by był z papieru.
Dzięki temu, że podróżujemy na motocyklach, mamy trochę łatwiej. Właściwie każdy napotkany Gruzin zagaduje nas o motory i z niedowierzeniem pyta o drogę z Polski. Tak też było na szutrowej trasie do Thushurebi. Tam spotykamy pasterzy, częstują nas wodą źródlaną, pomidorami, serem i chlebem domowym. Zgoorasowi kończy się paliwo, korzystamy z zapasu w kanistrze, który okazuje się być dziurawy. Jedziemy dalej. Kilka km później zaczyna padać deszcz, w trakcie jazdy Zgooras usiłuje schować telefon do kieszeni, brakuje rąk do zmiany biegów i zabawa kończy się kolejną glebą.
Ciekawym punktem wypawy jest stacja benzynowa. Zwykły sklep spożywczy, na zapleczu którego odbywa się dystrybucja benzyny za pośrednictwem kanistrów /patrz foto/. Wszystko jest nielegal i trzeba zaufać szefowi, że paliwa jest tyle ile powiedział. Paliwo kupuje się w plastikowych baniakach i przelewa do baku. Nie można kupić „do pełna. Gość dowiaduje się, że lecimy z Polski i na tę okoliczność wręcza nam 2 litry wina ze swojej nielegalnej rozlewni, chleb i siatkę suszonych ryb.